Jak to jest dowiedzieć się o swoim ADHD w wieku 26 lat?

Jesteś pierwszym dzieckiem swoich dość młodych rodziców – mają ok. 24 lata, gdy przychodzisz na świat. Jesteś kochanym, wyczekanym dzieckiem (choć nadzieje na synka były duże).

Twoi rodzice uczą się wszystkiego z Tobą i poniekąd na Tobie. Nie mają wśród rodziny i znajomych, w ogóle w swoim bliskim otoczeniu, wielu małych dzieci. Dlatego to Ty jesteś ich normą. Kiedy nie dzieje się nic niepokojącego, w oczywisty sposób odstającego od normy, to oznacza, że wszystko jest OK.

Jesteś dzieckiem trochę chorowitym, trochę niejadkiem, ale ogólnie chowasz się zdrowo i bez większych problemów. Najbardziej lubisz te hałaśliwe grzechotki i grające zabawki – rodzice z czasem zaczynają wyciągać z nich baterie, żeby nie zwariować. Kiedy zaczynasz chodzić – a zaczynasz chodzić bardzo szybko, praktycznie pomijając etap raczkowania (później okaże się że to nie całkiem zdrowe, wynikają z tego pewne wady postawy, ale też nic poważnego) – pokazujesz, że jesteś prawdziwą torpedą.

Jesteś niezwykle ruchliwym dzieckiem. Wszędzie Cię pełno i wydaje się, że nie sposób zmęczyć Cię przed wieczorem. Kiedy rodzice jadą z Tobą na wakacje do Zakopanem, masz niecałe 2 lata. Po pierwszym obiedzie na stołówce w ośrodku, kiedy w mgnieniu oka wymykasz się ich opiece i prawie wpadasz na kelnera z gorącą zupą, staje się jasne że to nie jest dobre miejsce dla Ciebie. Od tamtej pory rodzice chodzą na obiady pojedynczo – zawsze jedno z nich zostaje z Tobą, kiedy drugie idzie jeść.

Rodzice nie zastanawiają się nad tym zbyt wiele. Przecież to normalne, że dziecko jest ruchliwe, ma dużo energii. To znaczy, że jest zdrowe.

Zaczynasz mówić dość szybko, ale nawet wcześniej gaworzysz dużo i głośno. Wydaje się, że uwielbiasz to robić, być może uwielbiasz po prostu dźwięk swojego głosu? Kiedy bawisz się sama, mówisz dużo pod nosem, sama do siebie. Uwielbiasz śpiewać. Zostawiona sama sobie, potrafisz po prostu chodzić sobie w kółko i śpiewać albo opowiadać coś pod nosem.

A może ADHD…?

Kiedy idziesz do przedszkola, Twoi rodzice zauważają, że to, co dla nich było normą, niekoniecznie nią jest. Inne dzieci niekonieczne są aż tak energiczne. Panie w przedszkolu też to zauważają i zagadują Twoją mamę, że skoro tak szalejesz w przedszkolu, to pewnie w domu rodzice mają z Tobą spokój. Mama z uśmiechem odpowiada, że chciałaby, aby tak było…

Wtedy po raz pierwszy pojawia się myśl o ADHD. Jest końcówka lat 90’ i z początkiem 2000’ temat staje się coraz bardziej znany i omawiany. Jednak kiedy Twoi rodzice biorą udział w pogadance zorganizowanej dla rodziców przedszkolaków na temat ADHD, szybko wykluczają tę możliwość. Przecież ADHD to nie tylko nadruchliwość, ale też problemy z koncentracją. A z tym nie masz żadnych problemów – wspaniale koncentrujesz się na czytanych Ci książeczkach, na kolorowaniu, na prostych zadaniach. Na dodatek ADHD dotyczy w znacznej większości chłopców, więc to mało prawdopodobne, by dotyczyło Ciebie.

Wtedy jeszcze nie wiedziano, że ADHD w równym stopniu dotyka dziewcząt, jak i chłopców, jednak objawy zazwyczaj wyglądają u nich inaczej. Nie wiedziano także, że dzieci o wysokiej inteligencji potrafią przez dłuższy czas świetnie nadrabiać nią braki w koncentracji, dzięki czemu nie mają problemów z nauką. I że potrafią utrzymać skupienie dłuższy czas, jeśli to, czym się zajmują, je interesuje.

Szkoła i nauka

Wszystko Cię ciekawi, więc nie masz problemów w szkole, wiedza sama wchodzi Ci do głowy, praktycznie bez żadnej dodatkowej nauki. Jeszcze w zerówce jako jedna z pierwszych uczysz się czytać. Uwielbiasz książki, więc chcesz jak najszybciej móc zacząć czytać je samodzielnie, bez proszenia się dorosłych.

Tak jest przez 6 klas podstawówki. Później idziesz jednak do bardzo dobrego gimnazjum przy bardzo dobrym liceum. Poziom jest sporo wyższy, a w dodatku jesteś pierwszym rocznikiem tego gimnazjum i uczą Cię nauczyciele uczący dotąd tylko licealistów. Przeskok jest ogromny i tylko uczestniczenie w lekcjach i odrabianie prac domowych nie wystarczy. Trzeba się uczyć dodatkowo, z lekcji na lekcje, a Ty nigdy tego nie robiłaś i zwyczajnie nie masz wprawy, nie potrafisz.

Próbujesz. Nudzi Cię to, nie potrafisz się skupić. Wolisz rozwiązywać zadania niż uczyć się na sucho, ale to nie takie łatwe, a przy trafieniu na problem potrafisz szybko się zniechęcić i odpuścić. Przecież spędzasz w szkole ponad 40 godzin każdego tygodnia, masz inne zainteresowania, którym chcesz się poświęcić po lekcjach.

Twoje oceny z 5 i 6 nagle lecą na łeb na szyję, dostajesz głównie 3-ki, a z 4-ek się cieszysz. Twoi rodzice są trochę rozczarowani, ale na szczęście nie robią wielkich problemów. Ale wraz z ocenami leci na łeb na szyję także Twoja pewność siebie i wiara we własne możliwości. Zaczynasz czuć się winna i gorsza, a przede wszystkim zarzucać sobie, że nie przykładasz się bardziej. Że jesteś leniwa i nie masz wystarczająco dużo ambicji, by zdobywać lepsze oceny.

Zainteresowania i hobby

W innych obszarach życia też bywa trudno. Owszem, masz znajomych i przyjaciół, ale wewnętrzna niepewność Cię zjada i chociaż masz swoje małe grono, to jednak do większości odstajesz. Tak jest w gimnazjum, ale w liceum – wciąż w tym samym dobrym liceum, przy którym gimnazjum skończyłaś, jest trochę lepiej. Łapiesz nowych znajomych, oddychasz z ulgą. Znajdujesz ich w dużej mierze dzięki swoim zainteresowaniom i hobby.

Właśnie, zainteresowania – nie masz po prostu zainteresowań, musisz wejść w temat głęboko. Nie zaczynasz po prostu oglądać serialu, ale czytasz i dowiadujesz się na jego temat wszystkiego, co się da. Nie czytasz po prostu książek, tylko je pochłaniasz: zwłaszcza jeśli trafisz na interesującą Cię serię. Nie zaczynasz po prostu oglądać anime, ale musisz wiedzieć wszystko o jego twórcach, pierwowzorze i seiyuu – aktorach głosowych. Masz nawet ulubionych. Nie zaczynasz po prostu czytać mang, ale chcesz zebrać wszystkie interesujące Cię gatunkowo dostępne w Polsce (Twoje zainteresowanie tematem zaczyna się około roku 2008 i mniej więcej do roku 2012, kiedy temat wybucha i pojawia się wiele nowych wydawnictw, nie jest to trudne zadanie, bo mang po polsku wydaje się niewiele ;) i zaczynasz pisać ich recenzje publikowane w sieci. Jeśli spodoba Ci się jakaś piosenka możesz jej słuchać w kółko, bez końca.

Z jednej strony dzięki swoim zainteresowaniom i zaangażowaniu w różne tematy, możesz się rozwijać, nawiązujesz wiele nowych znajomości i umiejętności. Z drugiej: z czasem widzisz, że wiele osób wokół Ciebie to męczy. Zwłaszcza tych bliskich, którzy nie podzielają Twoich zainteresowań i męczy ich Twoje zafiksowanie na danym temacie. Czujesz się przez to trochę dziwna, trochę inna i trochę nie tak. Dużo czasu zajmuje Ci nauczenie się zauważania, kiedy przytłaczasz kogoś tematem, którym nie jest zainteresowany. Na szczęście znajdujesz ludzi, z którymi podzielasz pasję – internet to wspaniała rzecz!

Kiedy zaangażujesz się w jakieś zainteresowanie to zupełnie przepadasz i potrafisz utrzymać je bardzo długo. Jednak nie z każdym tak jest. Bo wiele rzeczy Cię ciekawi i wielu chcesz próbować. To naturalne więc, że z wielu z nich też rezygnujesz po drodze. Jednak zdarza się, że bywasz z tego powodu krytykowana już jako 9- czy 10-latka. Kiedy chcesz zrezygnować z uprawianego po godzinach lekcyjnych sportu słyszysz, że masz słomiany zapał i że to coś złego. To kolejny powód, by czuć się gorzej z samą sobą. Więc z czasem, kiedy to zauważasz, przestajesz próbować, bo przecież to bez sensu i źle o Tobie świadczy. Lepiej nie zaczynać kolejnych tematów. Albo zostajesz twardo przy tym, co zaczynasz, nawet kiedy przestaje Cię to interesować. Dopiero wiele lat później dowiadujesz się, że niezależnie od budowy Twojego mózgu, normalne jest jako dziecko czy nastolatka próbować wielu różnych rzeczy i równie wiele z nich porzucać.

Co dalej…? Studia

Nauka idzie Ci wciąż tak sobie, bo zupełnie nie interesuje Cię osiąganie dobrych ocen za wszelką cenę. Gra nie jest warta świeczki. Od podstawówki nie masz na świadectwie paska i szybko przestaje Ci zależeć, choć gdzieś głęboko w Tobie tli się z tego powodu poczucie winy.

Na szczęście okazuje się, że wymagania na studiach, które w wielkich bólach wybrałaś, nie są aż tak wysokie. Jesteś na biolchemie, ale szybko odpuściłaś sobie w ogóle rozważanie medycyny – za wysokie progi, trzeba mieć naprawdę wyśrubowane wyniki. Nawet najlepsi uczniowe zbierający głównie 5 i 6 z chemii i biologii, nie wiedzą, czy się dostaną. Matura też nie jest aż tak straszna. Na rozszerzonej biologii sporo jest logicznego myślenia i wyciągania wniosków, a w tym jesteś niezła. Przerobienie wielu arkuszy maturalnych zaprocentowało. Uzyskanie 78% bez problemu wystarczy, by dostać się na dietetykę.

Na studiach to samo – nie jesteś najlepsza ani nawet blisko. Nawet już nie myślisz, że mogłabyś być. Nawet nie bierzesz pod uwagę możliwości, że mogłabyś dostać stypendium naukowe i z zazdrością spoglądasz na przyjaciółkę, która je uzyskuje. Masz głównie 3-ki i cieszysz się, że to wystarczy. Wpadają też poprawki, ale nie przejmujesz się tym aż tak. Przyzwyczaiłaś się i wiesz, że na tym etapie edukacji to normalne i żaden wstyd. Jednak w głębi siebie nadal wyrzucasz sobie, że mogłabyś bardziej się postarać. Że jesteś leniwa, dlatego nie ciśniesz, choć mogłabyś. W końcu tak wiele wzorców – wśród znajomych, ale też w filmach, serialach, książkach – pokazuje, że wystarczy ciężko pracować, by mieć dobre wyniki. Skoro tego nie robisz, to na własne życzenie. Dopiero wiele lat później zrozumiesz, że to jest OK nie wybierać nauki i że zyskałaś dzięki temu wiele innych doświadczeń i nauczyłaś się innych rzeczy – zwykle poprzez działanie, a nie zakuwanie.

No właśnie, wiele innych doświadczeń poza nauką na studia. Bo na szczęście w trakcie studiów znajdujesz też inne zajęcia. Zawsze tak było: zawsze dużo się wokół Ciebie działo i wiele miałaś na głowie. Dzięki swoim zainteresowaniom poznałaś wielu ludzi i zaczęłaś jeździć na konwenty i festiwale fantastyki, na których poznałaś jeszcze więcej ludzi. Zapragnęłaś, by taki konwent odbył się również w Twoim mieście, w którym od lat nie było konwentu “z prawdziwego zdarzenia”, trwający przynajmniej 2 dni i umożliwiający uczestnikom nocleg. W końcu nadchodzi właściwy moment i udaje się: w 2016 roku wraz z grupą niesamowitych ludzi organizujecie Bykon. A potem, w 2017, 2019 i 2022 roku kolejne. Oczywiście nie jesteś tylko główną organizatorką promocji. Zostajesz też członkinią zarządu i Sekretarzem Stowarzyszenia powstałego, by Bykon mógł się odbywać. Poprzez Bykon poznajesz organizatorów sąsiedniego Coperniconu i angażujesz się w organizację również Toruńskiego festiwalu. W 2017 roku udaje Ci się nawet pozyskać dofinansowanie na rzecz Bykonu. Wszystko to robisz z pasji, w charakterze wolontariatu.

Dzięki temu uczysz się wiele, choć jeszcze nie wiesz, jak bardzo zaprocentuje to w kolejnych latach i przełoży się na umiejętności, które pozwolą zdobyć Ci pierwszą etatową pracę, a później także założyć własną działalność. Ale to dopiero za kilka dobrych lat. W trakcie studiów, jeszcze licencjackich, zaczynasz też pracę dorywczą w punkcie sprzedającym mrożone jogurty w galerii handlowej oraz w drukarni. Może nie masz najlepszych ocen, ale za to zarabiasz pieniądze, z których część udaje Ci się odłożyć i tworzysz pierwszą poduszkę finansową.

Terapia, wejście w dorosłość i druga terapia

W trakcie studiów i z powodu złamanego w brutalny sposób serca pierwszy raz trafiasz na terapię. Pomaga Ci ona uporządkować pewne rzeczy w głowie, uczy radzić sobie z trudnymi emocjami. Daje zrozumienie siebie, ale też innych ludzi. Uczy stawiać własne granice, ale i respektować granice innych. Po ponad 2 latach kończysz współpracę, bo czujesz się znacznie lepiej, a pole do pracy się wyczerpało.

W międzyczasie kończysz studia magisterskie, zaczynasz wymarzoną pracę jako dietetyczka – na razie tylko dorywczo. Remontujesz mieszkanie, wyprowadzasz się od rodziców, zaczynasz też pracę biurową na pełen etat. Wiele się dzieje, wkraczasz w pełną dorosłość. Masz niecałe 24 lata.

Czas płynie, jest intensywnie, pracowicie i wiele się dzieje. W końcu w wieku 25 lat docierasz do krawędzi. Masz nie najgorszą, całkiem stabilną pracę na pełen etat i tą wymarzoną w zawodzie, choć dorywczą, wyremontowane mieszkanie, kochającego partnera i wymarzonego psa. Wszystko powinno być w najlepszym porządku, ale nie jest. Stres i niepokój narastają, aż w końcu nie wytrzymujesz. Rezygnujesz z pracy, bo czujesz, że dłużej nie dasz rady, a poza tym i tak nie masz w niej perspektyw rozwoju i lepszych zarobków. Masz ogromne szczęście, mając wsparcie duchowe, ale i finansowe w partnerze, który zgadza się przejąć koszty utrzymania do czasu, aż poczujesz się lepiej i wymyślisz, co dalej zrobić ze swoją karierą.

Wracasz na terapię, tym razem z inną psychoterapeutką. Chcesz coś zrobić, żeby przestać ciągle odczuwać napięcie i stres. Trafiasz na wspaniałą terapeutkę i z czasem dowiadujesz się, że to co czujesz, ten ciągły stres, to objaw lęku i niepokoju. Słyszysz, że prawdopodobnie cierpisz na zaburzenia lękowe. Kilka miesięcy terapii nie przynosi znaczącej poprawy, dlatego terapeutka rekomenduje wizytę u psychiatrki i rozważenie farmakoterapii. Tak się dzieje, w samą porę – jesteś u progu zaburzeń depresyjnych, do których często prowadzą nieleczone lęki.

I wreszcie: diagnoza

Wszystko zaczyna się układać i jest coraz lepiej, ale nie do końca. Zaczynasz robić plany, podejmować konkretne decyzje związane z powrotem do pracy, ale wciąż ociągasz się z działaniem. Mija rok od rozpoczęcia psychoterapii, Twoja terapuetka całkiem dobrze zdążyła poznać Cię przez ten czas.

Pewnego dnia, kiedy słucha Twojej dłuższej wypowiedzi pełnej dygresji i przechodzenia z jednego wątek w drugi, komentuje że zdążyła się już dwa razy we wszystkim tym pogubić i zaczyna rozumieć, jak wiele dzieje się w Twojej głowie. Rozumie też dzięki temu lepiej, skąd tyle niepokoju. Niedługo później zaczyna zadawać pytania odnośnie Twojego zachowania w dzieciństwie. W końcu mówi, że zastanawia się, czy przypadkiem nie masz ADHD. Nie wiesz, co powiedzieć, zwłaszcza że doskonale pamiętasz częste komentarze na temat Twojej nadruchliwości w dzieciństwie. Zaczynasz czytać więcej o tym, czym jest ADHD i dowiadujesz się, że to nie tylko chodzące po ścianach od nadmiaru energii dzieci.

Przekonujesz się, że jeśli faktycznie masz ADHD, to masz ogromne szczęście że dałaś radę, ale i że musiałaś włożyć ogromnie dużo pracy w to, by ukończyć studia i napisać dwie prace dyplomowe. Prawdopodobnie wyrobiłaś w sobie wiele mechanizmów pomagających trzymać w ryzach wszystkie negatywne i utrudniające życie cechy ADHD. Jednocześnie sprawia to, że pierwsza psychiatrka, do której idziesz z podejrzeniem ADHD (ta, pod opieką której jesteś od kilku miesięcy), mówi że to niemożliwe, bo przecież gdybyś miała ADHD to nie ukończyłabyś nawet podstawówki. Ten komentarz potwierdza Twoje najgorsze obawy. Jednak pod wpływem terapeutki, która jest przekonana o diagnozie, idziesz do lekarki specjalizującej się w ADHD, będącej na bieżąco z najnowszą wiedzą i zaleceniami na ten temat.

Syndrom oszusta – czy na pewno mam ADHD, skoro tak dobrze sobie radzę? – nie opuszcza Cię tak całkiem chyba nigdy.

Diagnoza potwierdza się, a wtedy wszystkie puzzle wskakują na swoje miejsce. Niezdiagnozowane i niezaopiekowane ADHD, nawet u osób dobrze adaptujących się do środowiska, maskujących się dzięki wysokiej inteligencji, niesie ze sobą konsekwencje. Podkopuje wiarę w siebie i w swoje możliwości, a z czasem bardzo często prowadzi do zaburzeń lękowych. Jesteś więc podręcznikowym przykładem niezdiagnozowanej dziewczynki doskonale maskującej swoją nieneurotypowość.

Jednocześnie nagle zyskujesz wgląd w siebie od strony, do której wcześniej nie miałaś dostępu. Zyskujesz też wiele narzędzi, które pomagają Ci lepiej funkcjonować. Mimo że już wcześniej włożyłaś masę pracy w zrozumienie siebie, swoich mechanizmów oraz tego, co pomaga, a co przeszkadza, dostajesz ten brakujący element. Pozwala on też łatwiej przewidzieć pewne rzeczy oraz być dla siebie bardziej wyrozumiałą. W końcu wiesz, że pewnych rzeczy po prostu NIE MOGŁAŚ zrobić. A już na pewno nie tym samym nakładem pracy i energii, co większość. Nie byłaś leniwa ani mało ambitna. Po prostu Twój mózg jest inaczej zbudowany.

Kiedy po raz pierwszy bierzesz leki, w Twojej głowie następuje niezwykły spokój i niespotykana dotąd cisza. Siedzisz spokojnie na krześle bez zmian pozycji co kilka minut, słuchasz webinaru, a Twój mózg koncentruje się na tyle, by nie szukać ciągłych rozproszeń i nowych bodźców. I już wiesz, że było dobrze, ale będzie jeszcze lepiej. Czujesz, że masz kontrolę nad swoim życiem, jakiej nigdy dotąd nie doświadczyłaś.

***

Dziś wiem, że nie mogłam bardziej cisnąć, bardziej się postarać, tak po prostu. Być może mogłabym – ale wiązałoby się to z przeogromnym kosztem. Znacznie wyższym, niż u osoby z neurotypowym mózgiem. Zdecydowanie nie byłoby to warte swojej ceny i dobrze, że nie poszłam w tę stronę.

I żeby nie było – z dzisiejszej perspektywy cieszę się, że sobie tego nie robiłam. Że nie cisnęłam. Że rozwijałam swoje zainteresowania, zdobywałam cenne doświadczenia i umiejętności. Wiem, że to cenniejsze niż 5-tki w liceum i na studiach. Jedyne, czego żałuję, to że myślałam przez tyle lat, że jestem gorsza, leniwa. Sama to sobie robiłam, wiem (pod wpływem kapitalistycznej i wszechobecnej kultury zapierdolu), ale szkoda że nie było wtedy ze mną nikogo, kto wyprowadziłby mnie z błędu. Może też nie było tego zwyczajnie po mnie widać.

Żałuję też, że nigdy nie dowiem się, jak wyglądałyby te lata edukacji i mojego samopoczucia, gdybym odpowiednio wcześniej dostała diagnozę i wsparcie farmakologiczne. 

Bardzo się cieszę, że zwiększa się świadomość na ten temat i coraz więcej dziewczyn dostaje diagnozę i wsparcie wcześniej, niż ja. Jestem też wdzięczna, że ta diagnoza przyszła teraz, a nie za 10 czy 20 lat…

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *