Jak ogarniam mając ADHD?

Diagnozę ADHD mam od listopada 2021 roku. 

Bardzo pomogła mi lepiej zrozumieć siebie, a jednocześnie mając kontakt z innymi ludźmi z ADHD (polecam bardzo grupę ADHD u dorosłych – mało gdzie człowiek czuje się tak bardzo wśród swoich, jak czytając tamtejsze posty i komentarze) widzę, że mimo trudności całkiem nieźle radzę sobie w życiu.

I żeby było jasne – to zależy od miliona czynników – w tym od stopnia i głębokości ADHD, bo u każdego wygląda ono trochę inaczej. Nie sądzę, by moja sytuacja była w dużym stopniu moją zasługą, raczej jest wypadkową bardzo wielu rzeczy.

Zauważyłam jednak, że jest trochę technik, mechanizmów, które wypracowałam sobie przez lata, i które naprawdę pomagają mi ogarniać rzeczywistość. Pomyślałam, że się nimi podzielę, bo może pomogą choć jednej osobie.

Po 1: Nie ogarniam

Nie jestem mistrzynią organizacji, wciąż wiele mi umyka, wiele przegapiam i nie dowożę na czas.

Ale dzięki wszystkiemu temu, co wypisałam poniżej, jestem w stanie jakoś, w miarę poprawnie funkcjonować.

Dzielę się więc moimi sposobami – może komuś jeszcze się przydadzą?

Po 2: Nie ufam swojej pamięci.

Nigdy, nawet w najbardziej oczywistych kwestiach. 

Robię coś w kuchni i widzę, że skończyła mi się mąka? Od razu chwytam za telefon i wpisuję mąkę na listę zakupów w apce, której do tego używam. Choćbym miała iść po telefon na drugi koniec mieszkania. 

Nastawiam na wszystko timery. Na czas, kiedy pranie się skończy, na ilość minut potrzebną do ugotowania makaronu i na czas, jaki chcę mieć maskę na włosach. Minutnik w opasce mi band, którą noszę na co dzień, bardzo mi pomaga.

Jeśli jestem już po czasie pracy, ale przypomni mi się o czymś, co jest z nią związane, od razu lecę do biurka i zapisuję tę rzecz na karteczce. A potem zostawiam ją na środku biurka: tak, żeby zobaczyć ją od razu, kiedy siądę do pracy.

Pozostałe moje sposoby w większości wynikają właśnie z tego, że nie ufam swojej pamięci. Mam więc wypracowanych masę ścieżek, które pozwalają mi nie zawalać ważnych rzeczy.

Po 3: Kalendarz moim przyjacielem

Tak, nadal zdarza mi się zapomnieć coś do niego wpisać… Ale i tak bardzo pomaga. Nauczyłam się już nie umawiać się na nic, póki w kalendarz nie zajrzę. Pomaga. Tutaj kolejną pułapką jest to, żeby zajrzeć w odpowiedni tydzień/miesiąc… A i tak kalendarz minimalizuje mi znacznie fakapy.

Długo było tak, że uważałam, że o wszystkim pamiętam. I owszem, faktycznie mam wrażenie że mam pamięć całkiem niezłą do planowanych wydarzeń, zwłaszcza jak obejmują większą ilość ludzi. Ale i tak wiele mi umykało. Z czasem, im więcej miałam obowiązków w miarę wchodzenia w dorosłość, coraz więcej. 

Pomogło mi też zapisywanie rzeczy, które już się wydarzyły. Na przykład, zaznaczam sobie w kalendarzu, kiedy ostatnio prałam pościel albo ręczniki i zaznaczam sobie, kiedy znowu powinnam to zrobić. Dzięki temu robię to – czasem z kilkudniowym opóźnieniem, ale to lepsze niż miesięczne.

Po 4: Wszystko, co związane z pracą, mam w jednym miejscu

To krytycznie ważne, bo prowadzę własną działalność i nie mam nad sobą szefa ani przełożonego. Mam za to kilka klientek, wobec których mam zobowiązania i odpowiedzialność za powierzone mi zadania. 

Korzystam z Asany, ale narzędzie chyba ma większego znaczenia. Może być też Trello, ClickUp, kalendarz Google albo zeszyt.

Każde spotkanie czy rozmowę z klientką odnotowuję w formie zadań do zrobienia w Asanie. Jeśli coś, co trzeba zrobić, przyjdzie mi do głowy w trakcie pracy, to też od razu staram się to wbić w Asanę. Jeśli jestem po pracy to zapisuję na karteczce na biurku i dodaję do Asany następnym razem, kiedy siadam do pracy. 

Asany używam też czasem do rzeczy osobistych. Na przykład mam tam wpisane w poszczególne miesiące w roku rzeczy związane ze zdrowiem – konieczność wykonania badań, wizyt kontrolnych – moim i moich zwierzaków. Na przykład to, że w kwietniu muszę umówić się na profilaktyczne badania krwi. Nadchodzi kwiecień, mam na jego początku takie zadanie – dzięki temu pamiętam, by faktycznie się umówić. A jak już to zrobię, to konkretną datę wrzucam w kalendarz. I najlepiej ustawiam przypomnienie.

Po 5: Często zostawiam rzeczy na wierzchu

Nie wiem, czy pamiętałabym o czytaniu w niektórych momentach w ciągu dnia, gdyby na ławie nie leżała zawsze rozpoczęta akurat książka, manga albo czytnik. Pewnie czekałabym na odpowiedni, dłuższy moment na czytanie, który przychodzi za rzadko. Albo bym nawet nie pomyślała, że mogę teraz poczytać. Albo zastanawiałabym się, co.

W ten sposób, kiedy mam kilka wolnych minut, to pod ręką jest książka czy komiks i mogę sięgnąć po nie, zamiast po telefon. I nie zastanawiam się, co czytać – biorę po prostu to, co leży.,

Tak samo robię z innymi rzeczami. Czasem celowo nie chowam czegoś – na przykład zeszytu, skierowania na badanie czy jakiś materiałów edukacyjnych – bo w ten sposób pamiętam, że powinnam się tym zająć. 

Po 6: Żeby coś pomogło, musi mi na tym zależeć

Bo wtedy szukam sposobów, jak mogę sobie pomóc i różne metody wpasować w siebie. Muszę też widzieć w tym sens, bez tego nie ma szans, żebym działała dłużej niż przez chwilę. Przykład?

Kiedyś korzystałam z kalendarza, ale był duży i ciężki (taki wybrałam!), więc albo nie nosiłam go ze sobą, albo wkurzałam się, że tyle waży. Sprawdzał mi się tylko na początku, po czym zapomniałam o nim. Może wtedy nie był dobry moment? Albo po prostu musiałam podejść do tego inaczej, dopasowując metodę do swojego sposobu bycia.

Prawda jest taka, że obecnie pracuję zdalnie i rzadko jestem poza domem. Kalendarz mam na wierzchu, zawsze w jednym miejscu – nie muszę pamiętać, żeby go za sobą zabierać, bo rzadko jest taka potrzeba. Mam też teraz dużo mniejszy, lekki egzemplarz, co też ułatwia sprawę, kiedy jednak chcę mieć go przy sobie. Jeśli klaruje się pomysł na spotkanie, a nie mam go ze sobą, wpisuję sobie w telefon przypomnienie, żeby skontrolować termin i od razu też go wpisać.

Nie da się ukryć, że gdybym pracowała poza domem, jeszcze w dwóch różnych miejscach – tak jak kiedyś, gdy dużo byłam w ruchu – to pewnie przerzuciłabym się na elektroniczny kalendarz. Byłoby łatwiej. 

Słowo na koniec

Wiem, że osoby z ADHD są różne. Rozpoznaję, że sama jestem jedną z osób, które mimo wszystko są dość uporządkowane. Chyba wymogło to na mnie otoczenie i wychowanie, a może i jakaś moja potrzeba wewnętrzna. W każdym razie – wiem, że jak na osobę z ADHD jestem całkiem dobra w utrzymaniu porządku, mam niezłą pamięć i zdolności organizacyjne.

Zdaję sobie więc sprawę, że być może dla tych osób na spektrum, które są znacznie bardziej chaotyczne, moje rady będą o kant tyłka potłuc. Bo nie ma szans, żeby prowadziły kalendarz albo korzystały z programu do ogarniania zadań. Z różnych powodów. 

Jednak w myśl punktu 6 mam nadzieję, że może okaże się to dla kogoś pomocne i jednak coś z moich wynurzeń weźmie i dostosuje do siebie. 

Nie twierdzę, że to uniwersalne rady. Dzielę się tylko tym, co mnie się sprawdza, pomaga i działa. :) 

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *